Skoro jesteś taki mądry, to czemu ci nie idzie?
Przestań kupować kursy, to powiem ci, jak to zmienić w 24h (superprompt)
Prawdopodobnie niedługo kupisz kolejny kurs. I spoko, o ile zdajesz sobie sprawę, że 97 na 100 kursów nigdy nie zostaje skończonych¹.
Nie dlatego, że jesteś leniwy. Gdybyś był leniwy, sprawa byłaby prostsza. Nie miałbyś folderu “do przerobienia”. Nie odpalałbyś AI, żeby jeszcze raz sprawdzić, czy ten nagłówek ma sens.
Kupujesz kurs, bo kupno kursu działa. Ktoś wziął chaos i ułożył go w moduły. Jest plan i następna lekcja. Przez chwilę czujesz ulgę. Nie musisz jeszcze niczego pokazywać, więc wygląda, jakbyś robił coś rozsądnego.
Kurs daje ci bardzo wygodną rolę. Możesz być uczniem. A uczeń jeszcze nie musi ani publikować, ani zarabiać.
Ja też tam byłem. Przez długi czas kupowałem kursy i mówiłem sobie, że robię to “z szacunku do konkurencji”. W zeszłym roku: 17 kursów za 19 769 złotych. Wiem to, bo napisałem noworoczny esej, który bronił każdego z tych zakupów. Nigdy go nie opublikowałem. Nawet moja obrona kupowania kursów skończyła w folderze “do przerobienia”. Jedyne, co realnie uszanowałem, to własną możliwość odłożenia wszystkiego o kolejny tydzień?
Problemem nie są kursy. Problemem jest to, że używasz kursu jak alibi. Dopóki się uczysz, nikt nie może powiedzieć, że twój tekst jest słaby, bo tekstu nie ma. Nikt nie może odmówić twojej ofercie, bo oferty nie ma.
Na Forum Twórców już od dawna nie robimy kursów, w których są moduły i zostajesz z nimi sam. Forum zaczyna się tam, gdzie tej wiedzy musisz użyć do tworzenia postów, produktów czy oferty.
Dlatego nie będę cię uczył kolejnej rzeczy, która nic nie zmieni. Za to pokażę ci, jak przestać traktować pomysł na siebie jak coś, co musisz komuś sprzedawać.
I jak zacząć używać swojej wiedzy w sposób, w jaki ja używam swojej, czyli:
Jak stawiać sobie wyzwania - to twoja strategia,
Jak dążyć do ich pokonywania - to twoja komunikacja,
Jak sprzedawać rozwiązanie - to twój produkt.
Brzmi jak trzy rzeczy, ale to jedna rzecz. I co gorsza, niewielu twórców w ogóle dochodzi do momentu, kiedy ją odpala.
Bo najgorsze nie jest to, że nic nie robisz. Najgorsze jest to, że przez lata możesz mieć poczucie, że robisz bardzo dużo, a dalej nie mieć jednego tekstu, jednej rozmowy albo jednej oferty, którą zobaczył ktoś poza tobą.
Więc jeśli chcesz wreszcie pokazać na co naprawdę cię stać, sprzedać coś swojego albo przestać trzymać wszystko w folderze “do przerobienia”, ten tekst jest dla ciebie.
Pod koniec dostaniesz mój ulubiony prompt, taki, jakiego używamy na Forum. Prompt do znalezienia jednej rzeczy z twoich notatek/doświadczeń, która jest naprawdę twoja. Tak, żeby w 24 godziny zobaczył ją ktoś poza tobą - i żebyś wreszcie ruszył z tym, co obiecujesz sobie od lat.
Kurs nie jest problemem. Problemem jest rola ucznia
Kurs jest świetny, jeśli wiesz, po co go kupujesz. Jest fatalny, jeśli kupujesz, żeby poczuć ulgę.
Bo wtedy nie kupujesz wiedzy. Kupujesz kilka dni, w których nikt nie może cię sprawdzić.
Klikasz “kup teraz” i przez chwilę wszystko robi się jasne. Problem ma nazwę. Ktoś mądrzejszy zrobił plan. Ty masz tylko iść po kolei.
To jest bardzo przyjemne uczucie. Nie trzeba niczego udawać, ani się wstydzić. Każdy, kto kiedyś utknął, zna tę ulgę: “dobra, teraz już wiem, co robić”.
Tylko że nie wiesz. Często po prostu przeniosłeś odpowiedzialność z dzisiaj na później.
Nie musisz pokazać tekstu, bo jesteś w module drugim. Nie musisz napisać do człowieka, który mógłby kupić, bo jeszcze “układasz ofertę”.
Wszystko wygląda pięknie. I właśnie dlatego jest takie niebezpieczne.
Głupia wymówka ma krótki termin ważności. Wiesz, że oszukujesz. Trudno długo wierzyć w “nie mam czasu”, skoro masz czas, żeby obejrzeć Love is blind na Netflixie.
Mądra wymówka żyje latami. Brzmi jak profesjonalizm. Czasem nawet nim jest.
“Nie wypuszczę czegoś, co nie jest gotowe”.
Piękne zdanie. Tylko że czasem znaczy po prostu: “nie wypuszczę niczego”.
Kurs potrafi karmić dokładnie tę część ciebie. Tę, która chce być przygotowana tak dobrze, żeby nikt nie mógł jej skrytykować.
To nie jest wada kursu. Kurs nie wchodzi nocą do twojego mieszkania i nie wyrzuca do kosza posta, którego rano miałeś tylko przeczytać i opublikować.
Kurs jest tylko produktem. Problem zaczyna się wtedy, kiedy używasz go nie do nauki, tylko do ochrony roli ucznia.
Rola ucznia jest bezpieczna. Uczeń może powiedzieć: “jeszcze nie wiem”. Twórca, który coś sprzedaje, już nie może. Uczeń może pytać o poprawną odpowiedź. Twórca musi przyjąć feedback z rynku. Czasem będzie nim cisza.
I to jest ten moment, przed którym chroni cię kolejny kurs.
Nie przed niewiedzą. Przed kontaktem. Bo gdyby problemem był brak wiedzy, trzeci kurs by pomógł. Jeśli po trzech kursach dalej niczego nie pokazałeś, czwarty prawdopodobnie nie jest przełomem. Jest kolejną wersją tej samej ulgi.
Chcesz dowodu? Gdybyś wiedział, że nikt nigdy nie zobaczy twojej pracy, nie kupiłbyś żadnego kursu. Ani jednego.
Ludzie w internecie nie wiedzą, ile lekcji przerobiłeś. Nie widzą twoich notatek. Nie obchodzi ich, że masz potencjał. Ludzie widzą dopiero to, co mogą przeczytać, użyć albo kupić.
Dlatego ktoś, kto cię wnerwia, bo wie o połowę mniej od ciebie, może mieć dwa razy większą społeczność i już dawno pracować na swoje nazwisko. Nie dlatego, że jest mądrzejszy. Tylko dlatego, że zaczął. Że dał ludziom coś do oceny.
Ty dalej oceniasz się sam. A samemu zawsze łatwiej wygrać sprawę o odroczenie.
I tu jest najdziwniejszy moment w całej historii kursów: one naprawdę kiedyś miały więcej sensu.
Dostęp do wiedzy był trudniejszy. Trzeba było znaleźć właściwego człowieka albo szkolenie. Dzisiaj - jeśli umiesz to zrobić dobrze - możesz za darmo zapytać AI o prawie wszystko i dostać odpowiedź szybciej, niż zdążysz się wysikać.
Oczywiście, to nie znaczy, że kursy są złe. To znaczy, że statyczne kursy są coraz trudniejsze do obrony. Bo jeśli informacja jest wszędzie, to kolejny zakup rzadziej jest zakupem wiedzy. Częściej jest zakupem kolejnego tygodnia bez sprawdzianu i... kolejnym alibi.
Szczególnie że pojawiło się narzędzie, które potrafi produkować takie tygodnie bez końca.
AI nie zrobiło cię szybszym. Zrobiło szybszym twoje alibi
Z AI jest jeszcze dziwniej niż z kursami. Kurs przynajmniej stawiał opór. Trzeba było go kupić, zalogować się, znaleźć lekcję, obejrzeć nagranie, zrobić notatki.
Nieumiejętnie używane AI nie stawia żadnego oporu. Piszesz jedno zdanie i dostajesz pierwszą wersję. To jest niesamowite, jeśli wiesz, co robisz. I bardzo niebezpieczne, jeśli nie wiesz.
Bo kiedy AI daje ci wersję, ciało czuje, że coś się wydarzyło. Masz nagłówek, akapit. Masz plan. Możesz nawet wkleić to do folderu i przez chwilę patrzeć na coś, co wygląda jak twoja robota.
Tylko że często nie podjąłeś jeszcze żadnej decyzji.
Nie powiedziałeś, co naprawdę myślisz. Nie wybrałeś przykładu, pod którym jesteś gotów się podpisać. Nie wysłałeś tego człowiekowi, który mógłby odpowiedzieć: “to o mnie”.
I to jest pułapka, w którą łatwo wpaść, zwłaszcza jeśli jesteś bystry. Bo bystry człowiek nie potrzebuje głupiej wymówki. On potrzebuje takiej, która wygląda jak praca.
“Jeszcze tylko coś sprawdzę”. “Poproszę o alternatywny nagłówek”. “Niech AI zrobi z tego lepszą strukturę”. Brzmi sensownie. Do momentu, w którym mija godzina, masz dwanaście wersji i żadnej nie pokazałeś nikomu.
Godzina dziennie na wersje, których nikt nie zobaczy, to ponad trzysta godzin rocznie. Dwa miesiące etatu przepracowane do szuflady.
AI nie musi cię odciągać od pracy. Wystarczy, że daje ci nieskończenie dużo pracy zastępczej.
I żeby było jasne: to nie jest argument przeciwko AI. To byłby idiotyczny wniosek.
AI jest jednym z najlepszych narzędzi, jakie kiedykolwiek dostaliśmy. W wielu rzeczach uczy szybciej niż kurs, bo odpowiada na twoje pytanie, a nie na pytanie wymyślone pół roku temu do modułu trzeciego. Może pomóc ci zrozumieć książkę, sprawdzić argument, uporządkować chaos w głowie.
Ale jest jedna rzecz, której za ciebie nie zrobi. Nie wybierze, co w tym wszystkim jest twoje.
Może napisać ci post o w s z y s t k i m. O pracy, o hobby, o życiu, o ofercie, o odwadze. O tym, że warto zacząć.
Właśnie dlatego większość tekstów z AI brzmi tak, jakby napisał je człowiek, który nie ma nic do stracenia.
Bo nie ma.
Sieć neuronowa nie ma starego folderu z notatkami. Nie ma klienta/szefa, z którym kiedyś się pokłóciła. Nie ma zdania, którego boi się powiedzieć, bo wtedy ktoś konkretny może się oburzyć i nie zgodzić.
Ty masz. I to jest jedyna część, która jest coś warta. Nie dlatego, że twoje życie jest szczególnie wyjątkowe - bo może być, ale nie musi. Dlatego, że tylko z twojego życia da się wyjąć coś, jakąś rzecz, której nie ma średnia z internetu.
Jak działa AI? Wyobraź sobie chmurę wszystkich zdań, jakie kiedykolwiek napisano. W jej środku siedzą te najczęstsze, najbardziej przewidywalne - i stamtąd maszyna wyciąga odpowiedź. Kiedy pytasz ją o byle co, dostajesz środek chmury, średnią z internetu. Dokładną dla nikogo konkretnego - więc dla każdego bezużyteczną. W być może nieco nieuprawnionym uogólnieniu, AI robi jedną rzecz: zgaduje najbardziej prawdopodobne następne słowo. Na krawędź tej chmury - tam, gdzie leży coś twojego - wypycha ją tylko jedno: twój osąd. AI nie daje ci osądu. Mnoży ten, który już masz. A przy zerze mnoży przez zero.
AI ma statystyczną pamięć internetu. Ty masz pamięć konkretnej sceny. I tekst zaczyna żyć dopiero wtedy, gdy zamiast tematu przynosisz tę scenę.
Pisałem kiedyś, że AI skopiuje wszystko oprócz tego, kim jesteś. To jest dokładnie to miejsce. Skopiuje temat. Nie skopiuje sceny.
AI może pomóc ci tę scenę, sytuację, doświadczenie nazwać i zobaczyć, nawet lepiej niż ty ją widzisz. Ale najpierw musisz ją przynieść.
Jeśli pytasz AI: “napisz mi post o tym, że kursy nie działają”, dostaniesz post o tym, że kursy nie działają. Poprawny, gładki i martwy.
Jeśli powiesz: “kupowałem kursy kolegów z branży i tłumaczyłem sobie, że to z szacunku do konkurencji”, nagle jest z czym pracować. Bo to już nie jest temat. To jest scena, a w niej - doświadczenie.
Różnica między tematem a doświadczeniem jest prosta.
Temat można wygenerować. Doświadczenie trzeba przeżyć albo zauważyć.
Dlatego najgorsze, co możesz zrobić z AI, to prosić je, żeby zaczęło pisać za ciebie. Wtedy dostaniesz mierny środek. Najbardziej prawdopodobną odpowiedź. Tekst, który brzmi, jakby mógł pasować do każdego, czyli do nikogo.
Lepsze pytanie brzmi inaczej:
Co w tym tygodniu mnie ruszyło? Nie “o czym powinienem pisać”. Nie “jaki content teraz działa”. Co mnie n a p r a w d ę ruszyło. Bo jeśli nic cię nie ruszyło, AI tylko zasypie brak materiału lepszą składnią.
A jeśli coś cię ruszyło, AI może pomóc ci dojść do tego, dlaczego akurat to. Może dopytywać tak długo, aż sam zobaczysz, co chcesz powiedzieć, a nawet zauważyć dziurę w argumentacji, zanim ktoś inny zauważy ją w komentarzu.
Wtedy zaczyna być użyteczne. Nie jako maszyna do pisania za ciebie. Jako sparingpartner, który cierpliwie pyta: “co właściwie chcesz powiedzieć?”.
Tylko że nawet wtedy zostaje ostatni krok. Musisz coś z tym zrobić poza czatem.
Wysłać. Opublikować. Dać jednemu człowiekowi powód, żeby odpowiedział.
Bez tego AI jest tylko szybszym kursem. Lepszym, tańszym i bardziej uzależniającym.
I tu wracamy do tego samego miejsca: problemem nie jest wiedza. Problemem jest brak człowieka, który nie będzie ci przytakiwać.
Kurs nie odpowie ci: “nie rozumiem”. Źle skonfigurowane AI prawie zawsze spróbuje ci pomóc.
Człowiek może wzruszyć ramionami. I właśnie dlatego potrzebujesz człowieka.
Samemu zawsze wygrasz sprawę o odroczenie
Nie potrzebujesz człowieka po to, żeby cię motywował.
Motywacja jest tania. Wystarczy jakiś jeden dobry film, nowy model AI albo nowy notes. Przez godzinę czujesz, że tym razem będzie inaczej.
Potem zostajesz sam.
A sam ze sobą jesteś najgorszym możliwym sędzią.
Znasz cały kontekst. Znasz wszystkie okoliczności łagodzące. Wiesz, że miałeś ciężki tydzień, że jeszcze nie ten moment, że trzeba to tylko trochę dopracować. I ponieważ jesteś bystry, potrafisz zbudować dla siebie bardzo przekonującą linię obrony.
Dlatego samemu tak łatwo odłożyć wszystko o jeden dzień. To tzw. odjutronizm.
Nie musisz nawet kłamać. Wystarczy, że wybierzesz tę część prawdy, która jest dla ciebie wygodna.
“Jeszcze nie jest gotowe” często jest prawdą.
“Mogłoby być lepsze” prawie zawsze jest prawdą.
“Muszę to przemyśleć” brzmi jak rozsądek.
Tylko że po roku odjutronizmu masz głównie dowody na to, że potrafisz myśleć o robieniu.
A nie na to, że coś faktycznie zrobiłeś i skończyłeś.
Drugi człowiek zmienia układ sił, bo nie mieszka w twojej głowie.
Nie zna wszystkich przypisów do twojego lęku. Nie wie, jak długo dopieszczasz ten akapit. Nie czuje ulgi po kupieniu kursu. Widzi prostsze rzeczy.
Pokazałeś coś albo nie. Sprawdziłeś, czy ktoś ma ten problem, albo dalej zgadujesz. To bywa brutalne, ale jest uczciwe. Bo świat nie ocenia cię po tym, ile razy prawie zacząłeś. Świat widzi dopiero to, co wypuściłeś.
I nie chodzi o to, żeby świat zawsze miał rację, bo czasami nie ma. Czasami ludzie nie rozumieją. Czasem ktoś wzruszy ramionami przy rzeczy, która naprawdę jest dobra.
Ale nawet wtedy dostajesz coś, czego nie da ci kurs ani czat: opór.
Opór jest niewygodny, bo kończy fantazjowanie.
Dopóki tekst, który rozwiązuje czyjś problem, jest szkicem, może być genialny.
Dopóki oferta siedzi w notatniku, może być świetnym biznesem.
Dopóki pomysł siedzi w twojej głowie, może zmienić życie ludziom, których jeszcze nie zapytałeś, czy w ogóle mają taki problem.
Kontakt z człowiekiem zdejmuje z tego magię.
Ktoś czyta i nie rozumie. Ktoś pyta: “ile to kosztuje?”. I nagle wiesz więcej niż po kolejnych pięciu godzinach samotnego dopracowywania.
Dlatego robienie przy innych działa. Nie dlatego, że grupa jest miła. Nie dlatego, że wszyscy klaszczą. Dlatego, że trudniej oszukiwać się w pokoju, w którym są ludzie, którzy dobrze ci życzą.
Jeśli co tydzień ktoś pyta, co pokażesz, twoja opowieść o przygotowaniach zaczyna brzmieć inaczej. Jeśli ktoś obok publikuje rzecz gorszą od twojej i nic złego się nie dzieje, twój standard nagle wygląda mniej jak profesjonalizm, a bardziej jak hamulec.
To nie jest presja w stylu szkoły. Szkoła pytała, czy odrobiłeś lekcje. Tu pytanie jest prostsze: co wyniosłeś ze swojego życia do czyjegoś świata?
Może to być wiadomość do jednej osoby, jeśli naprawdę wiesz, gdzie utknęła.
Nie chodzi o skalę. Chodzi o zmianę miejsca. Ze swojej głowy do czyjejś głowy.
Bo dopiero wtedy zaczyna się informacja zwrotna. Nie ta elegancka, z ankiety po kursie.
Ta brzydsza: ktoś milczy, pyta o cenę albo pisze “nigdy w ten sposób nie myślałem, dzięki”.
I z tego możesz coś zrobić. Z ciszy też. Cisza boli, ale przynajmniej kończy zgadywanie. Wiesz, że temat nie siadł. Albo że nagłówek był za mętny. Albo że mówisz do ludzi, którzy nie mają tego problemu. To są przykre informacje, ale przykre informacje są lepsze niż piękne domysły.
Największa strata z kursów i AI używanych jak alibi nie polega na tym, że tracisz pieniądze, tylko na tym, że przez miesiące nie dostajesz żadnej odpowiedzi ze świata.
Uczysz się w zamkniętym obiegu. Robisz notatki do notatek. Dopracowujesz wersję, której nikt nie miał okazji odrzucić. A potem dziwisz się, że ktoś, kto wie mniej, jest dalej.
On nie musi być lepszy. Może po prostu od pół roku dostaje odpowiedzi, których ty sobie oszczędzasz. I właśnie dlatego następny krok nie brzmi: kup lepszy kurs, ani znajdź lepszy prompt. Brzmi: zrób jedną małą rzecz tak, żeby ktoś poza tobą mógł na nią zareagować.
Umowa z Nikim kończy się dopiero przy ludziach
To miejsce trzeba nazwać, bo bez nazwy wygląda jak rozsądek.
Umowa z Nikim to niepisany nawyk unikania sytuacji, w której ktoś może ocenić twoją robotę. Nikt jej nie podpisał. Nikt nie stoi nad tobą z regulaminem. A jednak działa jak konstytucja.
Nie było kartki ani długopisu. Była tylko scena. Ktoś wybiera drużyny na WF-ie, ty stoisz pod ścianą i czekasz, aż wskażą cię jak problem do przydzielenia. Nikt nie robi z tego traumy. Ale coś sobie wtedy zapisujesz: nigdy więcej nie stój tam, gdzie inni decydują, ile jesteś wart.
Twoja umowa mogła powstać tam. Moja mogła powstać gdzie indziej. Nieważne. Ważne, że warunki dawno wygasły, a twój układ nerwowy nie dostał aneksu.
Po latach to może brzmieć tak:
“Jeszcze nie teraz”
“Jeszcze jeden kurs”
“Jeszcze jedna wersja”
“Jeszcze muszę zrozumieć, jak robią to najlepsi”
Najbardziej podstępne jest to, że każde z tych zdań czasem ma sens. Czasem naprawdę warto poczekać. Czasem tekst jest za słaby. Czasem kurs jest potrzebny.
Ale jeśli po miesiącu dalej wszystko dzieje się między tobą, folderem i czatem, to nie jest standard. To jest układ.
Stary model edukacji był zbudowany pod ten układ. Najpierw przerób materiał. Najpierw obejrzyj lekcję. Najpierw zrób notatki. Potem będziesz gotowy.
Dzisiaj ten model pęka, bo odpowiedź przestała być dobrem luksusowym. Kurs daje ci odpowiedź, a AI daje ci dziesięć odpowiedzi i jeszcze to przyspiesza.
Tylko że twoim problemem nie jest już zdobycie odpowiedzi.
Twoim problemem jest sprawdzić, czy umiesz użyć jednej odpowiedzi, kiedy ktoś może powiedzieć: “nie rozumiem”.
I tego nie nauczysz się w Umowie z Nikim. Potrzebujesz Umowy z Innymi.
Nie obiecujesz, że będziesz gotowy. Obiecujesz, że będziesz wnosił coś do kontaktu z ludźmi. Nie całą gotową rolę. Jedną rzecz, która może wrócić do ciebie z ciszą albo z oporem.
To jest nowy model uczenia. Nie przerób i schowaj. Tylko użyj, pokaż, przeczytaj reakcję i skoryguj kierunek.
Kurs może dać ci mapę.
AI może pomóc ci zobaczyć możliwe drogi.
Ale dopiero człowiek powie ci, czy ta droga w ogóle gdzieś prowadzi.
Dlatego Forum nie jest dla mnie “społecznością” w tym miękkim, internetowym sensie. Jest miejscem, w którym Umowa z Innymi staje się trudniejsza do złamania.
Ktoś obok też wynosi na stół niedoskonałą rzecz. Ktoś pyta prościej, niż ty potrafisz zapytać siebie. Ktoś nie kupuje twojej opowieści o tym, że jeszcze musisz się przygotować.
I wtedy zaczyna się edukacja, której nie da się obejrzeć w module drugim lekcji trzeciej.
To wygląda jak trzy rzeczy. W praktyce jest jedną
Najgorsza rada, jaką mógłbym ci teraz dać, brzmi: napisz do kogoś, czy chce coś od ciebie kupić.
Nie dlatego, że nie możesz sprzedawać. Możesz. Tylko że jeśli zrobisz to za wcześnie, znowu wciśniesz się w rolę, której nie umiesz utrzymać. Teraz jestem człowiekiem od sprzedaży. Teraz muszę brzmieć pewnie. Teraz muszę mieć niszę, metodę, ofertę.
I wtedy wracasz do kursu, bo kurs zawsze obieca, że przygotuje cię do tego momentu.
Druga najgorsza rada brzmi: wybierz dochodową niszę.
To brzmi mądrze, dopóki nie zobaczysz, co robi z człowiekiem.
Najpierw jesteś fizjoterapeutą. Potem ktoś mówi, że za szeroko. Więc jesteś fizjoterapeutą lekarzy. Potem ktoś mówi, że lekarze też za szeroko, bo trzeba wejść w segment z pieniędzmi. Więc zostajesz fizjoterapeutą stomatologów.
Na papierze wygląda to jak strategia.
Po trzech miesiącach piszesz piąty post o bólu pleców u dentystów i na samą myśl o gabinecie bolą cię zęby.
Nie dlatego, że stomatolodzy są problemem. Dlatego, że ty nie masz z tym światem żadnej żywej relacji. Nie masz własnej blizny ani własnego powodu, żeby do niego wracać. Widzisz segment, a nie ludzi.
To jest moment, w którym przydaje się brutalnie prosty test: robię to z ja, czy z chu-ja?
Z ja wybierasz scenę, bo naprawdę wraca do twojego życia. Bo umiesz ją rozpoznać lepiej niż inni. Bo kiedy słyszysz czyjeś pytanie, wiesz, gdzie jest problem, o który tak naprawdę pyta.
Z chu-ja wybierasz niszę, bo w tabelce wyszło, że są tam pieniądze. Potem dziwisz się, że pół instagrama jest jak domokrążca, który się narzuca.
Ludzie to czują.
Dlatego ludzie, których naprawdę lubisz czytać, zwykle nie zaczynają od momentu sprzedaży.
Najpierw widać, że coś ich obchodzi.
Nie “nisza”. Nisza brzmi jak rubryka w formularzu. AI, edukacja, marketing, psychologia, produktywność. Takie słowa są za szerokie, żeby zrobić z nich tekst i za płaskie, żeby zrobić z nich życie.
Twoją niszą nie jest kategoria. Twoją niszą jesteś ty w kontakcie z problemem.
Dwie osoby mogą przeczytać tę samą książkę i zobaczyć w niej dwie różne rzeczy. Jedna zobaczy technikę. Druga zobaczy zdanie, które tłumaczy jej ostatnie pięć lat. Jedna zrobi z tego notatkę. Druga sprawdzi to w rozmowie z klientem albo na własnym projekcie.
I to jest różnica.
Nie wygrywasz tym, że wymyślisz temat, którego nikt wcześniej nie opisał. Prawie każdego tematu ktoś już dotknął. Wygrywasz tym, że masz własny ciąg doświadczeń, który każe ci zauważyć akurat ten błąd.
Ludzie nie wybierają cię wtedy jak markę w sensie logotypu. Wybierają cię jak człowieka: za całokształt, za sposób patrzenia, za to, że wracasz do pewnych spraw nie dlatego, że są modne, tylko dlatego, że nie umiesz o nich mówić bez pasji.
To jest dużo bliżej dobrego życia niż codzienne zakładanie kostiumu sprzedawcy dla ludzi, z którymi nic cię nie łączy.
Dlatego nie musisz zaczynać od pytania: jaka jest moja nisza?
Lepsze pytanie brzmi: jaki problem wraca do mnie tak często, że przestał być przypadkiem?
Może wraca w twojej pracy. Może siedzi we wstydliwym folderze z kursami, których nie przerobiłeś. Ważne jest jedno: to musi być problem, z którym masz realny kontakt. Nie temat, który dobrze wygląda w bio.
To jest pierwszy ruch Umowy z Innymi. Wyznaczasz cel, czyli wyzwanie.
Ale wyzwanie nie znaczy tu: rozpisz pięknie brzmiącą misję na ścianie.
Znaczy: nazwij drogę z punktu A do punktu B.
Punkt A to zwykle ty sprzed pięciu lat. Nie chodzi o datę w kalendarzu. Chodzi o wersję ciebie, która jeszcze czegoś nie widziała. Kupowała kursy, bo myślała, że brakuje jej wiedzy. Robiła notatki do notatek. Czekała, aż ktoś mądrzejszy powie: teraz możesz.
Punkt B to antyteza tamtego miejsca. Nie wielki sukces z internetu. Raczej spokojna różnica: dziś widzisz problem wcześniej, nazywasz go prościej i umiesz zrobić jeden ruch bez proszenia świata o pozwolenie.
Twoim celem nie jest zostać ekspertem od kategorii.
Twoim celem jest przejść tę drogę kawałek dalej i zostawiać po sobie ślady dla ludzi, którzy stoją tam, gdzie ty kiedyś stałeś.
Twoim celem jest zostać ich przewodnikiem. Nie postacią z pomnika. Człowiekiem, który ma błoto na butach. To twoja strategia.
Pomyśl o tym w ten sposób, a zobaczysz, że od tego momentu żadna książka nie będzie już tylko “ciekawa”. Będzie przydatna albo nieprzydatna wobec twojego celu. Kurs nie będzie już kolejnym taskiem do przerobienia. Będzie narzędziem albo kolejną stratą czasu. AI nie będzie już maszyną do generowania możliwości. Będzie sparingpartnerem, który pomaga ci przemyśleć następny krok.
Relacja z drogi to nie pamiętnik
Potem zaczynasz tę drogę relacjonować.
I tu znowu łatwo źle zrozumieć sprawę. Nie chodzi o to, żeby pisać światu, co jadłeś na śniadanie i jak bardzo teraz “budujesz swój brand”.
Relacjonować to znaczy pokazywać, jak rozwiązujesz jakiś problem, zanim udajesz, że masz na niego ostateczną odpowiedź.
Zobaczyłeś błąd, który sam popełniałeś przez rok. Opisz go tak, żeby ktoś rozpoznał w tym siebie.
Sprawdziłeś coś i nie zadziałało. Napisz, co było błędnym założeniem.
To są treści, czyli komunikacja.
Nie “content” jako fabryka wrzutek. Tylko posty jako publiczny zapis kontaktu z problemem. Każdy dobry tekst mówi: to zobaczyłem, tak to rozumiem, tyle możesz z tego wziąć dla siebie.
Dlatego dobry tekst może pracować za ciebie, zanim ty wejdziesz do pokoju. Ktoś czyta i widzi nie deklarację, tylko sposób myślenia. Widzi, jak odróżniasz ważne od nieważnego. Widzi, że jesteś już w relacji z problemem, który jego też boli.
Relacja z połowy drogi nie musi niczego udowadniać. Nie mówisz “jestem najlepszy”. Mówisz “oto, gdzie jestem”. Z tym nikt nie dyskutuje, bo nie ma z czym.
To jest dużo mocniejsze niż profil, na którym obiecujesz, że jesteś ekspertem.
Produkt wyrasta z rozmów, nie z dokumentu
I dopiero z tego wyrasta produkt.
Produkt nie wychodzi z pustego dokumentu pod tytułem “moja oferta”.
Pojawia się wtedy, kiedy kilka rozmów wraca do tego samego problemu.
To zwykle nie wygląda jak “pomysł na produkt”. Wygląda jak wiadomość od człowieka, który chce, żebyś przeszedł z nim przez ten problem na jego przykładzie.
Wtedy sprzedaż nie jest nagłą zmianą osobowości.
Popatrz na kogoś, kogo obserwujesz. Kto sprzedaje coś swojego - i nie są to kursy o tym, jak sprzedawać kursy. Kto lubi to, co robi i zarobił na tym duże pieniądze.
Dla Twórcy sprzedaż nie jest wydarzeniem. Nie ma w kalendarzu dnia “dziś sprzedaję”. Nie stosuje żadnych podłych sztuczek, nie zakłada garnituru, nie zamienia się w kogoś, kim nie jest na co dzień. Po prostu rozwiązał swój problem - i sprzedał innym rozwiązanie. Tak naturalnie, jak naturalnie się oddycha.
I nie dlatego, że pokonał w sobie wielki strach przed sprzedażą. Dlatego, że nie ma już czego pokonywać.
Kiedy sam przeszedłeś jakąś drogę, sprzedaż mapy tej drogi jest najbardziej oczywistą rzeczą, jaką możesz zrobić. Nie sprzedajesz siebie. Podajesz komuś skrót przez teren, który sam udeptałeś - i bierzesz za to pieniądze, bo oszczędzasz mu miesięcy błądzenia.
Nie wstajesz rano jako człowiek od treści, a po południu zakładasz maskę sprzedawcy. Po prostu domykasz drogę, którą już pokazujesz od jakiegoś czasu.
Nie sprzedajesz siebie. Sprzedajesz rozwiązanie.
Dlatego Umowa z Innymi jest taka ważna.
Nie musisz wymyślać całego biznesu w głowie.
Musisz tylko wybrać problem, który naprawdę cię dotyczy, zrobić następny ruch, pokazać ludziom, co zobaczyłeś i skorygować kierunek po ich reakcji. A potem to powtarzać. I to wszystko.
To brzmi mniej efektownie niż “zbuduj markę”.
Ale działa. Wiem to. Na naszym Forum widziałem to wiele razy.
Bo świat nie płaci ci za to, że masz wiedzę. Świat płaci ci, kiedy twoja wiedza oszczędza komuś czasu, błędów albo wstydu.
I wiem, co teraz możesz pomyśleć.
Dobra, ale ja nie wiem, który problem wybrać.
Właśnie dlatego za chwilę dostaniesz prompt.
Nie taki, który napisze za ciebie ładny post. Taki tylko pogorszyłby sprawę.
Dostaniesz prompt, który ma zrobić jedną rzecz: wyciągnąć z ciebie lub twoich notatek ślad drogi z punktu A do punktu B i zamienić go w pierwszy ruch w Umowie z Innymi.
Superprompt: Umowa z Innymi
Jeśli po tym tekście dalej czujesz odruch kupienia jakiegoś statycznego kursu, mam do ciebie prośbę - wklej ten prompt do AI i odpowiedz konkretnie.
Nie po to, żeby AI napisało za ciebie post.
Po to, żeby sprawdzić, czy naprawdę brakuje ci wiedzy, czy tylko nie wyjąłeś jeszcze z życia materiału, który możesz komuś pokazać.
Wiem też, jak wygląda twoje łapanie pomysłów. Coś cię rusza, więc dodajesz link do zakładek albo wpisujesz do notatnika jedno hasło. I tyle.
Samo zapisanie daje ulgę, że nic nie zginęło. Tylko że ty do tych zapisków nigdy nie wracasz. Hasło bez powrotu to po trzech dniach zagadka “co ja miałem na myśli”.
Dlatego ten prompt zaczyna tam, gdzie kończy się twój notatnik. Robi krok, którego nigdy nie robisz: wraca do zapisków, wybiera jedną rzecz i zamienia ją w pierwszy ruch.
I żeby było uczciwie: strachu przed pokazywaniem ten prompt nie rozbroi. Prompt cię nie oceni - ludzie mogą. Dlatego to pęka dopiero przy ludziach. Ale materiał, który im pokażesz, wyciągniesz z siebie tutaj.
PS. Po raz pierwszy w tym roku otwieramy zapisy - Forum Twórców kończy rok - szczegóły za tydzień, ale dołączyć możesz już dziś. Mówię o tym szczególnie dla tych, których może skusić to, że w lipcu podniesiemy ceny.
Oto twój prompt [kliknij tutaj] - skopiuj treść i zapisz u siebie. To uproszczona wersja, która działa nawet w darmowym AI.
Dzięki, że czytasz do końca.
msz
¹ Dane z największego badania ukończalności kursów online: 12,7 mln zapisów na kursy MITx i HarvardX (2012-2018), w ostatnim badanym roku kurs kończyło 3-6 na 100 zapisanych. Justin Reich, José A. Ruipérez-Valiente, “The MOOC Pivot”, Science, 2019. Płatne kursy kończy się częściej, ale wciąż w mniejszości.


https://substack.com/home/post/p-204292545 tutaj znajdziesz równie użyteczny prompt - taki, przez który AI znacznie rzadziej będzie wodzić cię za nos i wyprowadzać w pole.