W lipcu debiutant Jerry Falade sprzedał powieść kryminalną za ponad dwa miliony dolarów. Czternaście wydawnictw biło się o prawa. Parę dni później jego właśni agenci wycofali książkę, bo czytelnicy uznali, że brzmi jak AI.
Myślisz: nie piszę książek, nie mój problem. Ale od lipca to jest problem każdego, kto publikuje choćby posta - Substack wbudował detektor AI w platformę i każdy czytelnik może cię prześwietlić jednym kliknięciem.
Spytasz: a na co to komu? Być może niosą kaganek oświaty, stają po stronie ludu, autentyczności i ludzkości? Otóż, nic bardziej mylnego.
Po prostu wiedzieli, że ludzie się o to pokłócą. A kłótnia to zasięg. Podłe, ale sprytne.
Mój tekst już prześwietlono. Oblał. Ten sam, który właśnie czytasz.
Od trzech lat słyszę od klientów i studentów dwa zdania.
Pierwsze: po co mam pisać, skoro AI zrobi to za mnie. Drugie: boję się używać AI, bo ktoś pomyśli, że to pisało AI.
Od lipca doszedł trzeci powód do strachu, najgłupszy z możliwych: oskarżyć mogą cię nawet, jeśli nie używasz AI.
To niby trzy różne lęki, ale mają ze sobą coś wspólnego - przestaliśmy ufać temu, co w naszym pisaniu jest naprawdę nasze.
Dlatego w tym tekście:
Pokażę ci “dowody”, które pogrążyły tamtą książkę - i policzymy, ile z nich znajdziesz u siebie,
Rozbiorę trzy przekonania o pisaniu z AI spod szyldu “nic bardziej mylnego”,
Dam ci antydetektor, czyli jednego z moich ulubionych botów - “(nie) mam o czym pisać”. Żebyś miał.
AI to istota skrajnie głupia, ale całkiem nieźle oczytana
Zacznijmy przewrotnie:
pO cO mAm siĘ uCzyć pisać, sKoRo zRObI tO zA mnIE AI
Zanim odpowiem, pozwól, że opowiem ci, jak działa AI.
Na dwie minuty zapraszam cię do Kącika Kulturalnej Dyskusji.
Kącik Kulturalnej Dyskusji
Obejrzyj to na wideo. Co widzisz?
To, co zobaczyłeś, to chmura słów.
Wielkie modele językowe, czyli AI, możesz porównać do biblioteki, w której zgromadzono wszystkie teksty, jakie kiedykolwiek napisano.
To być może nawet nieuprawnione uogólnienie, ale uznajmy, że AI to taki Pan Bibliotekarz, który przeczytał każdą książkę, każdy artykuł i każdą rozmowę - i na tej podstawie przewiduje, jakie jest najbardziej prawdopodobne następne słowo.
W środku chmury są słowa najbardziej prawdopodobne: te najpopularniejsze, czyli najbardziej przewidywalne i najbardziej generyczne.
Im bliżej krawędzi, tym mniej prawdopodobne - ale bardziej unikalne.
Wróć na chwilę do tego, co przeleciało ci przez ekran. “Wsparcie na każdym etapie”. “Z pasją do tworzenia”. “Indywidualne podejście”. To jest środek chmury: każde z tych zdań pasuje do dowolnej osoby w dowolnym zawodzie, więc nie mówi o nikim.
A teraz: “Sprawdziany sprawdzam w wannie”. “Tysiąc odebranych porodów, dwa własne”. Tego żadna AI nie wygeneruje, bo nie było jej w tamtej łazience ani przy tamtych porodach. To jest krawędź.
Mamy to? Super.
A skoro to Kącik Kulturalnej Dyskusji - podyskutujmy.
Nazwałem AI Panem Bibliotekarzem. No to pytanie: skąd on ma te wszystkie książki? Bo normalny bibliotekarz książki czyta albo kupuje i czyta i potem odkłada na półkę. Ten kupował je na tony, ciął z grzbietów, skanował i wyrzucał - a o zgodę autorów nikogo nie zapytał. W tej bibliotece prawdopodobnie leżą też moje teksty. I twoje.
Bibliotekarz czy paser? Zapraszam do komentarzy. Kącik jest kulturalny, pytania nie muszą.
Koniec KKD.
Mówię o tym, jak działa AI, bo ludzie dają AI zbyt duży kredyt zaufania. Traktują je jak istotę mądrą, która sama będzie wiedziała, co chcą powiedzieć.
Ja traktuję AI jak istotę skrajnie głupią, ale całkiem nieźle oczytaną. Przeczytała wszystko, ale nie wie nic, dopóki nie powiesz jej d o k ł a d n i e, czego chcesz.
W efekcie ktoś otwiera GPT i skleca takie zdanie: “napisz mi post na LinkedIn o znaczeniu work-life balance w 2026 roku”.
AI odpowiada. Pięć akapitów gładkiej, korporacyjnej papy.
Zaczyna się od “w dzisiejszym szybko zmieniającym się świecie...”, a kończy na “ale nie zapominajmy, że sukces to nie tylko kariera, ale też życie osobiste”.
Kopiuj. Wklej. Publikuj. Powtórz.
I potem zdziwienie, że nikt nie reaguje. Że zasięgi spadają. Że LinkedIn wygląda jak fabryka klonów, bo każdy brzmi profesjonalnie (te same porady), poprawnie (te same zwroty) i identycznie (ta sama struktura).
“Napisz mi...”, “Stwórz mi...”, “Wygeneruj mi...”. Zawsze mi, mi, mi. Jakby AI miała magicznie wiedzieć, co jest w twojej głowie i jakby mogła stworzyć coś unikalnego z promptu, który mógłby napisać każdy.
A potem te same osoby narzekają, że “AI generuje generyczne śmieci”. No ba. Jak wprowadzisz śmieci, wyjdą śmieci. Gdy generyczny prompt trafia w środek chmury - to środek chmury dostajesz z powrotem.
I to jest gra o sumie zerowej. Wszyscy kroją ten sam tort - walczą o tę samą uwagę tymi samymi postami, a każdy kolejny klon kroi ten tort na jeszcze mniejsze kawałki.
Pisanie z własnego materiału to gra o sumie dodatniej.
Tort rośnie, bo pieczesz go ze składników, których nikt poza tobą nie ma. I działa na niego procent składany: każda notatka, każda opowiedziana historia, każde skojarzenie dokłada się do wszystkich następnych.
Tyle że 99% osób robi odwrotnie. I dlatego ta papka nie zaczęła się od AI, niestety.
To nie AI zrobiło się generyczne, tylko my, ludzie
Szukałem kiedyś w Google prostej informacji: ile gotować jajko na miękko.
Pierwsza strona wyników zaczynała się od etymologii słowa “jajko” w językach indoeuropejskich. Potem szła rozprawa o symbolice jajka w mitologiach świata.
Gdzieś między technikami malarskimi Fabergégo a historią domestykacji kury w neolicie pojawiała się informacja: trzy do czterech minut.
Taki internet ma imię i nazwisko. Nazywa się Optymalizacja SEO, czyli po polsku - pisanie pod wyszukiwarkę.
Google przez lata premiował teksty długie i napchane frazami, więc cały przemysł pisał teksty… długie i napchane frazesami, rozdęte do granic możliwości - żeby Google pokazał je wyżej.
Czyli zanim ktokolwiek usłyszał o modelach językowych, my już pisaliśmy jak maszyny. I nie tylko w wynikach wyszukiwania.
Weźmy dla przykładu takie sociale.
Zakładaliśmy profil i w bio wpisywaliśmy: “artystka, ilustratorka, pasjonatka sztuki”. Albo jeszcze lepiej: “kreatywna dusza z pasją do tworzenia”. To brzmiało jak opis wygenerowany przez GPT, zanim GPT istniało.
A robiliśmy tak, bo tego nauczył nas świat tradycyjnych, korporacyjnych marek.
Red Bull nie daje ci skrzydeł, prawda? Snickers nie sprzedaje batoników z orzechami - sprzedaje przekąskę, dzięki której “znów jesteś sobą”. Monte to nie jest zdrowe mleko w lekkim kremie.
Ludzie nie kupują produktów, kupują marki. Apple wydaje miliardy, żeby wielka korporacja - fabryki w Chinach, tysiące pracowników, łańcuchy dostaw - wyglądała jak człowiek. Taki kreatywny, z pasją do tworzenia.
Niestety przeniesienie wiedzy z tradycyjnego marketingu do świata twórców skończyło się tak, że personal branding to teraz nie grafiki z elementami zdjęć, tylko zdjęcia z elementami grafiki.
Że zamiast publikować niepozowane zdjęcia bez kija w dupie, wrzucamy powielane przez wszystkich szablony, które krzyczą “jestem tani i nachalny”.
Wielkie marki zaczęły wydawać miliardy, by udawać ludzi. A ludzie zaczęli wydawać ostatnie grosze, by udawać marki i wydawało się, że już gorzej być nie może i… i wtedy przyszło AI - wytrenowane w dużym stopniu na tekstach pisanych pod SEO.
Algorytmy nagradzały długość → ludzie pisali dla algorytmów → AI nauczyło się od ludzi piszących dla algorytmów.
A dziś AI pisze dla AI - i czytamy halucynacje maszyn uczących się od innych maszyn.
To nie AI zrobiło się generyczne, tylko my, ludzie.
Maszyna nauczyła się pisać gładko, poprawnie i bezosobowo - od nas. Więc kiedy ty piszesz gładko, poprawnie i bezosobowo, detektor pokazuje: AI.
I trudno mu się dziwić. Piszesz dokładnie jak coś, co uczyło się na tobie.
Została ostatnia linia obrony, moja ulubiona.
Myślisz: “no dobrze, ale prawdziwej kreatywności AI nam nie zabierze. Kreatywni będą tylko ludzie (…)”.
Otóż, nic bardziej mylnego!
Twoje zdanie mieszka na krawędzi chmury
Kreatywność obrosła magią. Talent, iskra boża, wena. Coś, co się ma albo czego się nie ma - i czego maszyna mieć nie może.
Tyle że kreatywność to nie magia. To operacja: łączenie dwóch odległych rzeczy w jedno. Analogia, metafora, bisocjacja.
Naukowcy wzięli 200 nagradzanych reklam - takich z konkursów, o których mówi się, że to szczyt oryginalności (Goldenberg, 1999). Chcieli sprawdzić, czy da się je poszufladkować.
Dało się. 89% zmieściło się w sześciu schematach.
A pierwszy z nich to analogia: pokazujesz markę albo produkt jako coś zupełnie innego, co niesie to samo znaczenie. But sportowy jako siatka asekuracyjna.
Brzmi mądrze, więc od razu przykład.
Reklama klimatyzatora Whirlpool sprzed sześćdziesięciu lat. Zwykły klimatyzator ma dwa przyciski. Ten ma trzy - a ostatni nazywa się The Panic Button. Przycisk paniki.
Na urządzeniu jest oczywiście napisane “Super Cool”. Ale ze zdania “nasz klimatyzator szybko chłodzi” nie zrobisz reklamy.
Więc pokazali przycisk chłodzenia jako przycisk alarmowy. Facet na zdjęciu wraca do domu po pięciu godzinach w korku, zlany potem i rzuca się na klimatyzator jak dzik w żołędzie, czy jak to się tam mówi.
Chłodzenie zderzone z paniką. Tyle. To jest cały schemat.
Nagradzana kreatywność okazała się powtarzalnym ruchem. A skoro powtarzalnym, to do nauczenia. Badacze sprawdzili i to: ludzie, którzy poznali schematy, tworzyli reklamy oceniane wyżej niż ci, którzy ich nie znali.
Kreatywność to umiejętność dostrzegania porządku w chaosie
Newton przeszedł do historii, bo zobaczył analogię, której nikt nie widział przez tysiąclecia: między spadającym jabłkiem a ruchem planet. Poeta przenośnią robi to samo - łączy wrażenia, które nigdy wcześniej się nie spotkały. Nagrodzona reklama, największe odkrycie fizyki i wiersz to jedna i ta sama operacja.
I teraz najsmutniejsza dla nas, czyli ludzi, kwestia: AI wykonuje tę operację genialnie. Łączy kropki szybciej niż ktokolwiek z nas, a w standardowych testach kreatywności wypada lepiej - też niż większość z nas.
Dołóż do tego fakt, że twoje dziecko nigdy nie będzie mądrzejsze od AI, bo jesteśmy mniej więcej na etapie, jakim były dźwięki polifoniczne w telefonach komórkowych 25 lat temu i okazuje się, że pada kolejny mit.
Ale jednak nie do końca.
Bo kreatywność to nie tylko łączenie kropek, w którym AI wygra z każdym.
Trzeba też wybrać, które kropki są ważne i dlaczego są ważne. I tutaj AI ma spory kłopot.
AI łączy kropki wyłącznie z tego, co ma w bibliotece, a twojego życia tam nie ma.
Nie ma tam twoich notatek, obserwacji i historii, które przydarzyły się tylko tobie.
Poprosisz je o “kreatywność” bez tego wsadu, to połączy najbardziej prawdopodobne i najbardziej przeciętne rzeczy i wyląduje tam, gdzie zawsze: w środku chmury.
No i tu dochodzimy do sedna.
Wiedzą już nie wygrasz - AI ma dostęp do całej wiedzy świata. Kropek też lepiej nie połączysz - zrobi to szybciej od ciebie.
Zostaje ci jedno: to, czego w bibliotece nie ma. To, co do tej pory ukrywałeś w CV.
Twoje potknięcia, dziwne fascynacje, historie, które przydarzyły się tylko tobie - cała ta wiedza, która przeszła przez mięsień twojego życia.
Dlatego wajcha przesuwa się z tego, co wiesz, na to, jak to widzisz.
Twoje zdanie mieszka na krawędzi chmury. Tam, gdzie prawdopodobieństwo spada, a unikalność rośnie. AI umie się tam zbliżyć tylko wtedy, kiedy ty je tam zaprowadzisz - bo mapa krawędzi jest w tobie, nie w bibliotece.
I stąd musisz trenować pisanie - żeby trenować myślenie analogią - jedyną część pisania, która właśnie podrożała jak nigdy, a układanie zdań staniało do zera.
Wiem coś o tym, bo kiedy AI było już za cwane, żeby je przejrzeć - i za mądre, żeby ciągle je sprawdzać - siadałem do roboty i dłubałem z nim po nocach.
Pisałem z AI teksty. Dostawałem pięć wersji, każda niby dobra. Poprawiałem pierwszą, potem piątą, potem trzydziestą.
Rano czytałem to wszystko i nie było tam ani jednego zdania, które powiedziałbym na głos.
Ale dziś AI jest moim sparingpartnerem i dokładnie tak powstał tekst, który czytasz: AI zrobiło ze mną wywiad, drążyło, wyciągało ze mnie historie z mojego życia - z masterclassów, z wystąpień, z notatek, o których zapomniałem. I właśnie dlatego ten tekst jest mój. A jeśli myślisz, że napisało go AI - napisz taki sam. Powodzenia.
Jak poznać, czy tekst jest ze środka chmury, czy z krawędzi
Na pewno nie po detektorze.
Wiesz, co było “dowodem” w sprawie Falade, tego od wycofanej książki? Zdania budowane na “to, nie tamto”. Dziwne metafory. Płaski styl.
Nikt nie pokazał żadnego dowodu, niczego nie udowodniono.
Po prostu komuś nie podobało się, jak gość pisze, chociaż takie zarzuty pasują do połowy opinii na lubimyczytać.
Teraz spójrz na moje zdania.
Krótkie. Cięte trójkami. Budowane na “nie to - tamto”, z angielskimi naleciałościami, bo tak nauczyłem się pisać, zanim ktokolwiek słyszał o ChatGPT.
A wiesz czemu? O, ironio.
Bo od dziecka używałem dużo mądrych słów i budowałem czternastokrotnie złożone zdania - ale w ogóle nie zdawałem sobie z tego sprawy.
Miałem może trzynaście lat, kiedy dziewczyna na randce zapytała: “ty zawsze tak mówisz?”.
Ja? Jak? O co ci chodzi... blablabla
Od tamtej pory zacząłem mówić najprościej, jak się da. Czyli odwrotnie.
I dzisiaj to odwrotnie jest podobno AI.
Według tamtych dowodów jestem winny od podstawówki.
Policz, jakie dowody można by znaleźć u ciebie i pochwal się wynikiem w komentarzu - zobaczymy, ilu z nas skazano za niewinność.
Modele językowe trenowano na miliardach tekstów z internetu. Ja swoje pisałem na długo, zanim weszły do obiegu. Więc kiedy detektor mówi, że piszę jak maszyna, myli mu się kierunek. To nie ja piszę jak AI. To AI pisze jak ja.
Jeśli czytasz jakiś dobry tekst i myślisz “ta, to pewnie napisało AI” - to się mylisz. Zobacz. To fragment eseju, który kiedyś opublikowałem:
I jeszcze raz, ten sam tekst, wrzucony w ten sam detektor, chwilę później:
I ten sam Pangram, którego Substack podłączył właśnie pod każdy tekst na tej platformie. Również pod ten, który czytasz.
Nie znam jeszcze nikogo, kto by nie umiał pisać, a publikował dobre teksty, bo napisał je z AI.
Detekcja AI albo stanie się żartem, albo przestanie być brana poważnie, ale jeśli nie umiesz pisać, AI ci nie pomoże.
Zresztą ten żart już trwa.
Naukowcy ze Stanforda przepuścili przez siedem popularnych detektorów 91 esejów napisanych przez ludzi, dla których angielski jest drugim językiem. Średnio 61,3% tych ludzkich tekstów oznaczono jako AI. Wypracowania amerykańskich ósmoklasistów te same detektory oznaczały niemal bezbłędnie (Liang, 2023).
Im staranniej piszesz w wyuczonym języku, tym bardziej wyglądasz na robokopa.
I dlatego ta cała dyskusja jest żałosna.
Zamiast pytać “czy to napisało AI”, powinniśmy zadawać pytania, które naprawdę coś rozstrzygają. Pytania “czy to jest wartościowe” i “czy to brzmi jak AI” niczego nie rozstrzygają.
Rozstrzyga za to coś innego: czy jest ktoś, kto mógłby się nie zgodzić z tym, co napisałeś?
Bo sztuka to akt tworzenia. Tworzenie to wyrażanie siebie - swojego zdania, swojej opinii. A opinia, nawet tak się mówi, jest subiektywna. Każdy ma swoją.
Skoro każdy ma swoją, to twoja zawsze trafi na inną. Nie da się pokazać opinii tak, żeby nikomu nie podpadła. To nie jest wada twojego tekstu - to definicja opinii.
Nie zasłonisz się też obiektywnością, bo obiektywnych opinii nie ma. Wszystko, co “obiektywne”, to uśrednione opinie ludzi: to, że coś wypada albo nie wypada, to czyjeś dawne zdania, które zebrały dość głosów.
Kiedy tworzysz i publikujesz coś swojego, stajesz na piedestale i pokazujesz coś, o co nikt cię nie prosił. To musi się komuś nie spodobać. I dobrze - to definicja sztuki.
Więc zamiast kłócić się jak dzieci w piaskownicy o to, czyje są zabawki, lepiej zadaj sobie inne pytanie: czy jest ktoś, kto mógłby się z tobą nie zgodzić?
Jeśli nie ma takiej osoby - szkoda strzępić ryja.
***
Wielu z nas wydaje się, że nie ma o czym pisać.
Najczęściej tym, którzy widzą więcej: introwertykom, ludziom przekonanym, że to, co myślą, jest zwyczajne. Tyle że na tle całego społeczeństwa ich “zwyczajne” okazuje się naprawdę wyjątkowe.
Gdyby dzielili się tym, co przychodzi im do głowy - najzwyklejszymi w świecie rzeczami - to, co by tworzyli, byłoby absolutnie wyjątkowe.
Dlatego stworzyłem asystenta, którego nazwałem (nie) mam o czym pisać. Nazwa wzięła się z najczęstszego zdania, jakie słyszę od ludzi, którzy chcą pisać, ale nie piszą.
Każdy proces strategiczny z klientem zaczynam od tego samego dokumentu. Nazywa się bank pomysłów.
Mówię: notuj tam wszystkie obserwacje. Głupie, niegłupie, fajne, niefajne - nie oceniaj, po prostu notuj. Pod koniec procesu pokażę ci, jak z twoich notatek robię komunikację spójną z twoją strategią - jak wchodzę w twoje buty i piszę kilka postów, które są z twojego życia, żebyś potem mógł to robić sam.
Finał jest za każdym razem ten sam: osoby, którym wydawało się, że nie mają o czym pisać, nagle mają o czym pisać.
Jak obiecałem na początku: oddaję ci (nie) mam o czym pisać - to jeden z moich ulubionych botów.
W podtytule napisałem, że pomoże ci oszukać detektor. Pomoże - jedynym sposobem, jaki naprawdę działa: wyciągnie z ciebie twoje obserwacje, twoje historie i twoje zdanie. Takiego tekstu żadne AI nie podrobi - a detektor może sobie gadać, co chce.
Wklej mu zapis dowolnej rozmowy - notatki, głosówkę, cokolwiek. Wypadnie z tego kilkadziesiąt tropów na posty. Najlepiej zrób to dziś, bo wiesz, jak to bywa.
Dzięki, że czytasz do końca.
msz
PS. Wątek marek udających ludzi tylko tu musnąłem - a to osobna, gruba historia. Jeśli chcesz ją zgłębić: przygotowałem prawie 100-minutowy masterclass dla osób subskrybujących mnie na Substacku (dziękuję pierwszym osobom, które się na to zdecydowały! Doceniam. Bardzo).
W masterclassie mówię m.in. o tym:
→ Jak jednym zdaniem odróżnić się od swojej konkurencji i mieć najlepszą strategię, jaką możesz mieć?
→ Jak to, co ukrywałeś do tej pory w CV, może być tym, co da ci przewagę i pozwoli podnieść ceny?
→ Skąd się biorą klienci, którzy nigdy nie lajkują, a kupują - i dlaczego poznasz ich dopiero po przelewach?
Wideo z nagraniem znajdziesz poniżej.





