Wakacje All Excuse me w Sharmie
Czyli jak przepłaciłem 3000 zł za ten sam pobyt w hotelu
Jest 1 stycznia.
Rok temu o tej porze jedyne, czego chciałem, to zamknąć komputer - ten na biurku i ten w głowie - i po prostu zresetować sobie mózg.
Wypalenie?
To za słabe słowo.
Czułem się jak sztuka mięsa, którą ktoś zapomniał zdjąć z grilla.
Na szczęście moja żona, która zna mnie lepiej niż ja sam siebie, powiedziała:
Pakuj gacie. Jedziemy na all-inclusive.
All-excuse-me, jak to nazywam.
Bo to właśnie robimy - szukamy wymówek, żeby nie myśleć o pracy.
Polowanie na okazję, czyli jak zostałem frajerem
Przez dwa tygodnie śledziliśmy ceny jak day-traderzy bitcoina.
Odśwież, odśwież, odśwież.
W końcu - jest!
Egipt, 5 gwiazdek, “tylko” 6 tysięcy za 9 dni (w tym 2 w samolocie).
Klik, kupione, jedziemy odzyskać człowieczeństwo.
Hotel? Piękny.
Baseny wielkości jeziora.
Pięć restauracji tematycznych.
Nurkowanie na rafie.
Snorkeling dla mięczaków takich jak ja.
Leżaki pod palmami, drinki bez limitu.
Trzeciego dnia poznaję Tomka z Wrocławia.
Przedsiębiorca z branży gastronomicznej, wypalony jak ja.
Gadamy o biznesie, o życiu, o tym, jak to jest, gdy budzisz się rano i pierwsze, co czujesz, to zmęczenie.
W końcu pada pytanie.
– Ile dałeś za ten raj?
– Sześć koła – mówię z dumą idioty.
– Ja trzy.
Cisza. Mojito smakuje nagle jak płyn do spryskiwaczy.
– Jak to #$%# trzy?
– Mam znajomego w biurze podróży, dał mi cynk, no i jestem.
Spoglądam przed siebie.
Ten sam basen. Te same palmy.
Ten sam kelner, który udaje, że moje hola, ¿cómo estás? brzmi hiszpańsko.
Niestety.
Wieczorna lekcja o tym, jak naprawdę działa świat
Wieczorem Tomek proponuje kolację. “W tej włoskiej o ósmej”.
Przychodzę z żoną, myśląc, że będzie standardowa rozmowa o biznesie przyprawiona wakacyjnym luzem.
Siadamy. Para przy parze.
Plastikowa, przepocona bransoletka uprawnia nas do rozwodnionego rumu, uprzejmość do rozwodnionej rozmowy.
Tomek opowiada o swojej firmie, ja udaję, że moje wypalenie to faza przejściowa.
Nasze żony plotkują o tym, jak ciężko jest być z przedsiębiorcą, który nawet na wakacjach sprawdza maila i odbiera telefony.
I wtedy dzieje się coś, co zmienia całą dynamikę.
Z kuchni wychodzi szef.
Nie sous-chef, nie kelner.
Szef kuchni we własnej osobie.
Toque blanche, ręce pokryte bliznami, ale twarz... Egipcjanin jak z obrazka.
Ciemna skóra, wąsy jak Wałęsy, oczy jak daktyle.
Idzie prosto do naszego stolika.
– Kurba maś, Tomek? To ty, polska świnia?! – mówi łamaną polszczyzną wypaloną w kuchniach Wrocławia.
– Mariusz, ty egipski chamie! – ściskają się jak weterani.
Mariusz – bo tak Marwana nazywał Tomek – sześć lat harował we Wrocławiu.
“Przyjechać na studia, zostać w kuchnia. Polska nauczyć mnie gotować i przeklinać. Oba przydatny”
Gadają mieszanką polskiego, arabskiego i uniwersalnego języka kucharzy - tego o przepalonych patelniach i szefach-psychopatach.
O tym, jak Mariusz przeszedł całą drabinę od zmywaka do sous-chefa w Młodej Polsce na Placu Solnym.
Jak deportowali go za brak papierów.
I jak wrócił do Egiptu z umiejętnościami, które tu są warte więcej niż dyplom z Sorbony.
– Słuchaj, Tomek, Mario pochyla się konspiracyjnie.
– Dla turysty mam gówno z karta. Ale dla ciebie? Szefie, kwadransik i zobaczysz!
To, co przychodzi na stół, to nie jest jedzenie z all-excuse-me.
To poezja napisana tłuszczem i solą.
Kalmary, które jeszcze rano pływały.
Carpaccio z ośmiornicy, której nazwy nie potrafię wymówić.
Pasta z bottargą, którą przemycił z Sardynii.
Wino, którego nie ma w karcie, bo – jak powiedział Mario wzruszając ramionami – “za dobre dla tych palantów, co zamawiają fish & chips z dietetyczną colą”.
Wyjazd na pustynie
Piątego dnia Tomek proponuje wyjazd na pustynię.
– Wschód słońca na Saharze, jazda quadami, kolacja u Beduinów.
– Ile? - pytam.
– Hotel chce 150$ od osoby.
– Za dużo.
– Spokojnie. Mariusz wysłał wczoraj kilka smsów. Po południu przyjedzie Mustafa. 40$ i pustynia, nie jej instagramowa parodia.
Mustafa przyjeżdża czymś, co kiedyś było Toyotą.
Teraz to raczej testament ludzkiej wiary w cuda.
Tłumacząc: jego rodzina właśnie nas adoptowała.
Ciotka wciska nam daktyle “z własnej palmy”.
Brat puszcza oko i na telefonie pokazuje mi kozę w ciąży.
Kuzyn częstuje papierosem, który definitywnie nie jest tytoniem.
Dwie godziny jazdy.
Pot leje się strumieniami. Radio ryczy. Wszyscy śpiewają.
Ja też, choć nie znam słów.
Docieramy na pustynię.
Hotelowa grupa już tam jest - stoją w kolejce do zdjęcia na wielbłądzie jak po pączki w tłusty czwartek.
Mustafa wywozi nas w nicość, przy okazji urządzając sobie wyścigi przez kamienistą pustynię.
Niestety kosztem mojej kości ciemieniowej, która przy każdym podskoku tłukła o dach jak kołatka na pogrzebie zdrowego rozsądku.
Wieczorem zjeżdżamy z mapy.
Światło robi się miękkie jak piasek, a zapach ogniska oznacza, że jesteśmy u siebie - choć nie wiemy, gdzie.
Wuj Mustafy - człowiek-pustynia. Skóra jak pergamin, oczy niebieskie jak po krysztale.
Wychodzi nam na spotkanie i mówi coś, czego nie trzeba tłumaczyć: że dziś śpimy u niego.
Nie pyta. Nie negocjuje.
Po prostu otwiera drzwi do świata, który istnieje tylko wtedy, gdy ktoś cię do niego zaprosi.
Częstuje nas herbatą z mlekiem prosto od kozy. Piję.
Gorące, słone, cuchnące, ale wspaniałe.
Wuj klaszcze z aprobatą i wystrugana laską opowiada o gwiazdach na niebie.
Mówi długo, namiętnie.
Mustafa tłumaczy: “Mówi, że jesteś biały jak ser, ale pijesz jak Beduin. To dobrze. Może będą z ciebie ludzie”.
Śmiejemy się. Nawet ja.
Bo sam nie wierzę, że później to powiem, ale naprawdę było super.
– Tamci - Mustafa w milczeniu wskazuje na światła hotelowych quadów w oddali.
– Oni są tylko przejazdem - mówi w końcu - Za to wy zdążyliście zjechać z głównej drogi.
All-excuse-me daje ci to, za co zapłaciłeś.
Znajomości dają ci to, czego nie można kupić.
Syndrom turysty, czyli spisek, w którym bierzesz udział
Ostatniego wieczora siedzę w hotelowym pokoju.
Żona śpi, ja nie mogę.
Bo dopiero teraz rozumiem, jak bardzo dałem się zrobić w balona.
All-inclusive to genialna metafora późnego kapitalizmu.
Płacisz za iluzję obfitości, dostajesz racjonowaną mierność.
Pijesz “nielimitowane” drinki rozcieńczone do granicy istnienia alkoholu.
Jesz “światową kuchnię” produkowaną przez Egipcjan udających Włochów udających, że gotują.
I wiesz co?
Jesteś z tego zadowolony.
Bo alternatywa - prawdziwe życie - jest przerażająca.
Mój problem?
Wciąż wierzyłem, że wystarczy zapłacić, żeby dostać to, co najlepsze.
Że “premium” znaczy “prawdziwe”.
Tomek to zrozumiał.
Dlatego nie grał w tę grę. Stworzył własną.
A Forum jest eksperymentem. Próbą zbudowania podobnego systemu.
Te 138 złotych miesięcznie to nie cena za produkt. To wpisowe do syndykatu.
Do organizacji, która ma jedną zasadę: pomagamy swoim zostać Tomkami, nie turystami.
Ale jest haczyk. Syndykat działa tylko wtedy, gdy jest mały.
Gdy każdy zna każdego.
Gdy Mariusz wychodzi z kuchni, bo widzi znajomą twarz.
Dlatego gdy raz na trzy razy w roku otwieramy drzwi do forum, każda osoba jest taka ważna.
To oni, te osoby, zdecydują, czy Forum stanie się kolejnym McDonaldem rozwoju osobistego, czy pozostanie spelunką, gdzie podają prawdziwe rzeczy.
Ja stawiam na spelunę.
Ale potrzebuję stu Tomków, którzy pomogą mi bronić drzwi przed turystami.
Bo turyści w końcu przyjdą.
Zawsze przychodzą.
Z pieniędzmi, oczekiwaniami i żądaniem “skalowania”.
I wtedy albo ich wpuścimy i staniemy się tym, czym gardzimy.
Albo ci, którzy przyjdą teraz, przypomną nam, po co to wszystko zaczęliśmy.
Wybór należy do ciebie.
Ostatnie dni zapisów do Forum Twórców
Są dwa światy.
Ten z katalogu - piękny, przewidywalny i nudny jak cholera.
I ten drugi, który istnieje tuż obok, w bocznych uliczkach, na zapleczach, w rozmowach po godzinach.
Świat Tomków, Mariuszów i Mustafów.
Świat, w którym walutą nie są pieniądze, tylko zaufanie i reputacja.
Do tego pierwszego świata kupujesz bilet.
Do tego drugiego potrzebujesz mapy.
Większość ludzi spędza życie, kupując coraz droższe bilety i dziwiąc się, że widoki są wciąż takie same.
Ja nie oferuję ci kolejnego biletu “premium”.
Oferuję ci podarty fragment mapy: gwarantowane 475 zł w bonie, jeśli ukończysz wyzwanie
Tyle dostajesz ode mnie, jeśli przez 60 dni zrobisz jedną lekcję co dwa dni. Na tym polega wyzwanie Zbuduj dochodową markę w 60 dni.
Nie pomyliłem się. Nie ty mi płacisz za ukończenie. Ja tobie.
Każda zamknięta społeczność działa tak samo: płacisz, dostajesz dostęp, nie kończysz, płacisz za następną.
Ja zarabiam tylko wtedy, gdy ty działasz. Więc stworzyłem system, w którym opłaca mi się, żebyś skończył.
Szczególnie że potem Wyzwanie będzie kosztować dwa razy tyle.
Bo nic tak nie psuje wakacji, jak fakt, że gość z pokoju obok zapłacił dwa razy mniej za tę samą imprezę.
[KLIKNIJ, ABY PRZEJŚĆ NA STRONĘ FORUM]
Dobra, to co znajdziesz na forum?
Multimentoring - nielimitowany dostęp do +7 ekspertów.
Na piśmie: Opisujesz problem — dostajesz rozwiązania od stratega, reklamiarza, filmowca, copywritera, grafika, psychologa i innych mentorów. Bez limitu. Kiedy chcesz.
Na żywo: Przychodzisz na zajęcia online, omawiamy Twój konkretny case. Feedback w czasie rzeczywistym.
Takiej opcji nie ma nigdzie indziej.
15+ asystentów AI
Strategia, oferta, landing, pisanie jak ty tylko lepiej. Dla osób spoza forum: 1155 zł/mies.
80+ masterclassów od 9 mentorów
Nagrania to kontekst. Najważniejsze są regularne zajęcia z trenerami.
15+ kursów i 78 lekcji
Marketing, storytelling, biznes, psychologia, reklama, film i fotografia.
Buddy doubling (24/7)
Prokrastynujesz? Włącz kamerę. Pracuj w ciszy z innymi. Zero oceniania, sama obecność.
Mój ebook o personal brandingu
214 stron, których nie pisało AI.
I parę innych rzeczy →
[KLIKNIJ, ABY PRZEJŚĆ NA STRONĘ FORUM]
PS. Przez trzy lata napisałem ponad 250 felietonów. Większość zginęła w skrzynkach mailowych - przeczytane raz, pogrzebane pod fakturami i newsletterami o zniżkach.
Kilka osób powiedziało mi, że to głupie. Że trzymając je tylko w mailach, zachowuję się jak kolekcjoner, który zamyka obrazy w piwnicy.
Mają rację. Więc oto seria, w której publikuję ponownie te teksty, które podobały Wam się najbardziej.
Dzięki, że czytasz do końca.
msz


