Czemu idioci mają więcej klientów?
Czyli czemu gówniany kontent ma miliony wyświetleń i jak to zmienić
Napisałem kiedyś post o pozycjonowaniu strategicznym. Byłem z niego dumny jak paw. Użyłem genialnej analogii z testami ciążowymi, która idealnie tłumaczyła koncept strategii marki. Wiedziałem, że to jest mądre, głębokie, wartościowe.
Efekt? Kilku ekspertów z branży napisało “świetne”, może ze trzy serduszka od innych strategów. A zwykli ludzie? Przeskrolowali jak reklamę pasty do zębów.
Potem opublikowałem post “Rzeczy, których o mnie nie wiesz”. Zero wartości merytorycznej, zero narzędzi, zero marketingowych porad. Tylko moja historia. Można by pomyśleć, że to jest słabe, że powinienem dawać więcej “mięsa”.
Sześć tysięcy nowych obserwujących z jednego posta. Ludzie pisali, że się wzruszyli, że też tak mają, że pierwszy raz poczuli, że nie są sami.
I wtedy mnie olśniło. Byłem za mądry dla własnego dobra. Pisałem dla ludzi na moim poziomie świadomości, a oni stanowili może jeden procent mojej społeczności.
To jest paradoks, który prześladuje każdego, kto coś wie: im więcej wiesz, tym mniej ludzi cię rozumie. Im wyżej wchodzisz, tym bardziej samotne jest wejście na szczyt. I w pewnym momencie mówisz już tylko do tych, którzy są z tobą od początku.
A to jest egoizm.
Jeśli masz coś wartościowego do przekazania — a naprawdę w to wierzysz — to chowanie tego przed ludźmi w hermetycznym języku jest egoizmem. Tworzysz dla siebie i dla wąskiej grupy wtajemniczonych, zamiast dla wszystkich, którym mogłoby to pomóc.
Dlatego lubię banały. W banałach jest zamknięta prawda sprowadzona do sedna. “Czym skorupka za młodu nasiąknie...” — słyszałeś to tysiąc razy, masz odruch wymiotny na samą myśl. Ale to właśnie dlatego uważasz to za banał. Powtórzenie nie umniejsza istoty rzeczy: z jakim przebywasz, takim się stajesz. Jesteśmy tych kilku osób, z którymi najczęściej spędzamy czas.
Problem z banałami to problem autorytetu. Skoro coś jest dla ciebie oczywiste, to nie może być wartościowe — bo przecież ty już to wiesz. A skoro ty już to wiesz, to pewnie wszyscy wiedzą.
A U T O R E K L A M A
Krótko: W poniedziałek 12 stycznia startuje III edycja Brandingu od zera AI — mojego flagowego szkolenia. To jest tzw. last minute. Szczegóły: mateuszufel.com/boz
Nie wiedzą.
“Mądrość jest w starości” — kolejny banał. Dlaczego więc buntujemy się, a kultura wmawia nam, że sami wiemy najlepiej? Dlaczego obciachem jest zapytać tatę czy mamę, jaki kierunek studiów byłby dla nas najlepszy? Albo czy chłopak, z którym się spotykamy, jest w porządku?
Nie zawsze tak było. Przez większość historii ludzkości pytanie starszych o radę było normą, nie oznaką słabości. Oczywiście nie chodzi o to, żeby inni podejmowali za nas decyzje. Ale gdzieś po drodze zamieniliśmy szacunek dla doświadczenia na kult młodości i “autentyczności”, która oznacza głównie ignorowanie tych, którzy przeszli drogę przed nami.
Przez to dzisiaj ekspert to zamrożony moment. Z kolei amator to film. A uwaga płynie do ruchu, nie do pomników.
Żeby zrozumieć, dlaczego idioci mają więcej klientów, trzeba cofnąć się daleko
Nie do marketingu. Nie do social mediów. Do początku — do pytania, skąd w ogóle bierze się autorytet.
Wyobraź sobie plemię sprzed dziesięciu tysięcy lat. Jest szaman. Tylko on zna drogę do świata duchów. Tylko on potrafi rozmawiać z przodkami, przepowiadać pogodę, leczyć choroby. Nie dlatego, że ma dyplom. Nie dlatego, że napisał książkę. Dlatego, że przeszedł przez coś, przez co inni nie przeszli — inicjację, wizję, śmierć symboliczną i odrodzenie.
(Zanim pójdziemy dalej: nie chodzi mi tu o ocenę etyczną szamanizmu ani o rozstrzyganie, czy rytuały “działały” w sensie przyczynowo-skutkowym. Szaman mógł być szarlatanem, mógł być geniuszem, mógł być obydwoma naraz. To nie jest temat tego tekstu. Interesuje mnie struktura autorytetu, nie jego słuszność.)
Harari w “Sapiens” opisuje to zjawisko przez pryzmat fikcji. Ludzie jako jedyne zwierzęta potrafią wierzyć w rzeczy, które nie istnieją — w bogów, duchy, narody, pieniądze, prawa człowieka. Ta zdolność do zbiorowej wiary w fikcję pozwoliła nam współpracować w grupach większych niż 150 osób. Szaman był administratorem tej fikcji. Stał na granicy między światem widzialnym a niewidzialnym i tłumaczył jedno na drugie.
Szaman nie mówił: “Jestem ekspertem od duchów”. Szaman mówił: “Byłem po drugiej stronie. Znam tę drogę”.
Autorytet szamana był totalny, ale nie hierarchiczny w dzisiejszym sensie. Szaman nie stał nad plemieniem na podstawie tytułu czy pozycji. Stał obok — jako ten, który był tam, gdzie inni dopiero pójdą. Kiedy ktoś chorował, nie szedł do szamana po “konsultację”. Szedł po przewodnika przez ciemność.
I był jeszcze rytuał. Wspólnota gromadziła się wokół ognia, powtarzała te same gesty, te same słowa, te same pieśni. To nie był “content”. To było powtórzenie, które spełnia — każde wykonanie rytuału potwierdzało wspólnotę, odnawiało więź, utrwalało sens. Mit opowiadany przy ognisku nie tracił wartości przez powtórzenie. Zyskiwał.
Wszyscy wiedzieli, do kogo iść. Nikt nie skrolował.
Potem przyszła religia. Instytucja. Kościół
Szaman stał się kapłanem. Sacrum zostało zamknięte w budynku, skodyfikowane w tekstach, rozdzielone na sakramenty. Powstała hierarchia: są ci, którzy mają dostęp do świętości i ci, którzy muszą prosić o pośrednictwo.
Kapłan nie mówi: “Byłem tam, znam tę drogę”. Kapłan mówi: “Tak mówi Pismo. Tak mówi Tradycja. Tak mówi Bóg, którego reprezentuję”.
Autorytet kapłana płynie z pozycji, nie z doświadczenia. Kapłan może nigdy nie przejść przez ciemną noc duszy, a i tak ma prawo mówić ci, jak żyć. Ma tytuł. Ma szatę. Ma miejsce w strukturze.
To jest moment, w którym autorytet odrywa się od drogi.
Ksiądz bez rodziny mówi ci z ambony, jak wychowywać dzieci. Ktoś żyjący w celibacie tłumaczy małżeństwu, jak ratować związek. Człowiek, który w środę był u prostytutki, w niedzielę gromi parafian za grzech cudzołóstwa. Nie musi być tym, który szedł pierwszy. Nie musi być tym, który w ogóle szedł. Wystarczy, że stoi na właściwym miejscu w hierarchii.
Ale rytuał jeszcze działa. Msza, liturgia, święta — wszystko to tworzy “my”. Wspólnota wie, kiedy się gromadzić, co śpiewać, jak się kłaniać. Kalendarz ma sens: każdy dzień jest naznaczony narracją, każde święto jest powtórzeniem historii, która definiuje wspólnotę.
Autorytet kapłana jest kruchy, ale struktura go podtrzymuje. Nawet zły kapłan ma autorytet — nie swój własny, ale instytucji, której jest funkcjonariuszem.
Potem przyszło Oświecenie. Rozum. Nauka
Kapłan stał się profesorem. Sacrum zostało zastąpione przez prawdę obiektywną. Kościół — przez uniwersytet. Sakramenty — przez dyplomy, tytuły, peer review.
Ekspert to zsekularyzowany kapłan. Mówi z pozycji, którą dała mu instytucja. Ma tytuł profesora, doktora, magistra. Ma publikacje. Ma cytowania. Ma miejsce w hierarchii wiedzy.
Ale ekspert — tak jak kapłan — nie musi przechodzić drogi, o której mówi. Może pisać o przedsiębiorczości, nigdy nie prowadząc firmy. Może pisać o związkach, będąc singlem. Może pisać o szczęściu, będąc w depresji.
Jest taki mem, który idealnie to obrazuje. Rektor ogłasza: “Zrobimy zajęcia online”. A pod spodem: “Wykładowcy, którzy nie potrafią nawet włączyć rzutnika”. I ta spanikowana małpka rozglądająca się na boki.
Co daje doktorat? Sprawia, że przestajesz umieć obsługiwać projektor.
To nie jest zarzut. To jest struktura. Autorytet eksperta płynie z akredytacji instytucjonalnej, nie z osobistego doświadczenia. I przez długi czas to działało. Profesor mówił, studenci notowali. Lekarz diagnozował, pacjent przyjmował. Prawnik interpretował, klient słuchał.
Ale coś zaczęło pękać.
Profesor Marcin Matczak — prawnik, filozof prawa, felietonista — powiedział niedawno rzecz, która uderzyła mnie jak obuchem:
“Z samego faktu bycia wyżej w hierarchii nie będzie wypływał żaden autorytet. Krótko mówiąc, profesor może być idiotą, kapłan może być niemoralny”.
To jest diagnoza końca pewnej epoki.
Autorytet hierarchiczny — ten, który płynie z pozycji, z tytułu, z miejsca w strukturze — przestał działać. Nie dlatego, że ludzie stali się głupsi. Dlatego, że zobaczyli za dużo.
Internet pokazał idiotów z tytułami i geniuszy bez dyplomów. Pokazał niemoralnych kapłanów i świętych ateistów. Pokazał ekspertów, którzy się mylą i amatorów, którzy mają rację.
“Autorytet naukowy też już nie działa” — mówi Matczak w podkaście Przemka Górczyka w kontekście szczepionek. “Nie ma prawników ponad podziałami — są tylko nasi i wasi prawnicy.”.
Treść przestała decydować o autorytecie. Decyduje przynależność plemienna.
Jeśli sportowiec popiera “moją” stronę polityczną — jest mądry, ma prawo się wypowiadać. Jeśli popiera “tamtą” stronę — jest głupim sportowcem, niech biega zamiast gadać o polityce. Ta sama osoba, ta sama kompetencja, zupełnie inny autorytet — zależny wyłącznie od tego, czy jest “nasz”, czy “ich”.
I tu dochodzimy do czegoś ważnego: w erze social mediów polaryzacja się opłaca. Bycie wyrazistym, wybieranie strony, walenie w “tamtych” — to się klika. Możesz w to grać. Wielu gra.
Ale jest różnica między klikbajtem a dobrym tytułem. Klikbajt obiecuje coś, czego nie dowozi. Dobry tytuł obiecuje i dowozi. Oba przyciągają uwagę. Tylko jeden buduje zaufanie.
Tego życzę wszystkim piszącym: dowozić to, co obiecali.
Wszyscy eksperci zostali przypisani do plemion. Każdy profesor ma etykietkę. Każdy lekarz jest podejrzany. Każdy prawnik jest stronniczy.
Nie ma autorytetów. Są tylko fragmenty — wyrywkowe aspekty, w których widzimy wzory w innych ludziach.
Co się właściwie stało?
Umarł rytuał.
Nie mówię o religii. Mówię o czymś głębszym — o tym, co tworzy wspólnotę. Rytuał to nie jest pusty gest. Rytuał to powtórzenie, które spełnia. Kiedy plemię gromadzi się przy ognisku i opowiada tę samą historię, nie traci ona wartości przez powtórzenie. Każde opowiedzenie ją odnawia, potwierdza, utrwala.
Kapitalizm jest anty-rytuałem. Pieniądz nie jest symbolem jednoczącym — zwiększa indywidualną wolność, uwalniając od osobistych więzi z innymi. Święto staje się okazją do zakupów. Kalendarz traci narracyjne napięcie. Każdy dzień jest taki sam — kolejna okazja do produkcji i konsumpcji.
Spójrz na galerię handlową w sobotę. Rodziny z dziećmi krążące między sklepami jak zombie w labiryncie. Nastolatki robiące selfie przy fontannie, żeby udowodnić, że gdzieś były. Kolejka po kawę, którą nikt nie pije dla smaku — pije dla kubka z logo, który można pokazać na Instagramie. Świątynia konsumpcji pełna wyznawców, którzy nie wiedzą, w co wierzą.
To jest nowe muzeum. Świątynia zamieniła się w atrakcję turystyczną. Wartość kultowa ustąpiła wartości wystawienniczej. Katedra Notre-Dame płonie, a my dyskutujemy, jak ją “zmodernizować”, żeby była bardziej “przyjazna dla zwiedzających”. Nie pytamy, czemu służyła. Pytamy, ile biletów sprzeda.
W muzeum nie ma rytuału. W muzeum jest ekspozycja. Patrzysz, robisz zdjęcie, idziesz dalej. Nic się nie powtarza. Nic nie spełnia. Konsumpcja zamiast uczestnictwa.
Bez rytuału nie ma “my”. Są tylko jednostki skrolujące w samotności, szukające czegoś, co da im poczucie przynależności. I znajdują — plemiona internetowe, bańki informacyjne, grupy hejterów i fanów.
Ale te plemiona nie mają rytuałów, które budują. Mają tylko rytuały, które wykluczają. “Okej, boomer” — dwa słowa, które dyskwalifikują całe pokolenie. Nie argument. Etykietka.
Starzejemy się nie dorastając. Pozostajemy infantylnymi konsumentami, którzy nigdy nie stają się dorosłymi. Bo nie ma inicjacji. Nie ma przejścia. Nie ma rytuału, który by powiedział: “Przeszedłeś przez coś. Jesteś teraz kimś innym”.
Ale influencer to nie nowy kapłan
Influencer to amator, który pokazuje drogę.
Wróćmy do paradoksu z początku. Dlaczego post “Rzeczy, których o mnie nie wiesz” zadziałał lepiej niż genialna analiza pozycjonowania? Bo nie pokazywałem, gdzie jestem. Pokazywałem, skąd przyszedłem.
Antropolożka Margaret Mead w latach 70. opisała trzy typy kultur. Kultury postfiguratywne — gdzie młodzi uczą się od starszych, przeszłość jest źródłem mądrości, dziadkowie są szanowani za zgromadzone doświadczenie. Kultury kofiguratywne — gdzie wszyscy uczą się od rówieśników, przeszłość traci znaczenie, liczy się teraźniejszość. I kultury prefiguratywne — gdzie starsi uczą się od młodszych, bo świat zmienia się tak szybko, że doświadczenie przestaje być atutem.
Matczak buduje na tym rozróżnieniu, kiedy opisuje dwa typy autorytetu:
Autorytet hierarchiczny — to kapłan na ambonie. Mówi “z góry”. Sam nie przeszedł drogi, o której mówi. Czerpie z pozycji formalnej. Wzbudza naturalny opór. Umiera razem z kulturą postfiguratywną.
Autorytet relacyjny — to przewodnik górski. Mówi “obok”. Przeszedł drogę, o której mówi. Czerpie z doświadczenia, nie z tytułu. Nie narzuca — towarzyszy. Pokazuje słabość jako źródło siły. Przeżywa.
“My nie traktujemy przewodnika w górach jako autorytetu, który chce nas zwieść” — mówi Matczak — “tylko jako kogoś, kto zna ten teren lepiej, bo przez ten teren przeszedł”.
Przewodnik nie mówi: “Idź tam, bo tak mówię”. Mówi: “Idź tam, bo ja tam szedłem i wiem, że ta droga prowadzi na szczyt”.
To jest fundamentalna różnica. Ekspert mówi: “Jestem na szczycie”. Amator mówi: “O kurwa, ale stromo”.
Kogo wolisz oglądać?
Matczak — którego słucham, bo mnie interesuje, jak prawnik myśli o kulturze — przywołuje scenę z “Gwiezdnych wojen”. Sam tych filmów nie oglądałem, ale widzę, co chce przez to powiedzieć i wydaje mi się to trafne.
Darth Vader — ojciec w masce, symbol niezniszczalnej władzy — walczy z synem. Luke nie może wygrać, bo walczy z ideałem, z projekcją doskonałości. Jak pokonać kogoś, kto nie ma słabości? Jak dorównać komuś, kto jest perfekcyjny?
A potem Vader przegrywa. Prosi: “Ściągnij mi maskę”.
Pod maską jest umęczona, żałosna twarz. Słabość. Człowieczeństwo.
I wszystko wraca na miejsce. Luke przestaje walczyć. Widzi: ojciec też nie był doskonały. To daje mu siłę — może iść własną drogą, nie musi pokonywać ideału, którego nie da się pokonać.
Dopiero ściągnięcie maski przywraca autorytet.
Matczak przywołuje też Eda Sheerana — wywiad, w którym muzyk puszcza nagranie swojego dawnego śpiewu. Kompletny fałsz. Okropny. “Taki byłem, jak chcesz, możemy spróbować pójść tą samą drogą.”.
To nie deprymuje. To inspiruje. Skoro jemu się udało z takiego poziomu, może mi też się uda. Przez to ten ekspert nie jest pomnikiem, Lewandowskim z okładki Vogue’a. Jest żywy. Czasem też wstaje lewą nogą. Może podać mi rękę.
No i powtórzę raz jeszcze: jeśli jemu się udało → może mi też się uda.
Kontrast → gwiazda udająca, że zawsze była doskonała. Młody słyszy: “Nigdy nie będę taki jak on, nie ma sensu próbować”.
Matczak przywołuje taki mem “Patrz synek i ucz się”. Ojciec demonstruje synowi swoją wyższość — robi coś lepiej, szybciej, sprawniej. Teoretycznie uczy. Praktycznie upokarza. Komunikat nie brzmi: “Możesz to osiągnąć”. Komunikat brzmi: “Jestem lepszy od ciebie i chcę, żebyś to widział”.
To nie jest nauczanie. To jest demonstracja dominacji w przebraniu edukacji.
Dziecko w takiej sytuacji ma dwie opcje: albo się złamać i przyjąć, że nigdy nie dorówna, albo zbuntować się i odrzucić wszystko, co ojciec reprezentuje. W obu przypadkach nic się nie uczy.
Ten typ autorytetu umiera. “OK boomer” to jego epitafium — odrzucenie całego pokolenia, które mówiło “z góry” zamiast “obok”.
Teraz rozumiesz, dlaczego idioci mają więcej klientów
“Idiota” — w tym kontekście — to ktoś, kto nie udaje, że jest na szczycie. Kto sapie publicznie. Kto mówi “nie wiem” i “uczę się”. Kto pokazuje proces, nie rezultat.
Ekspert stoi na szczycie i macha. Widać go z daleka, ale nie widać drogi, którą przeszedł. Jego wiedza jest zamrożona w momencie osiągnięcia. Jest pomnikiem, nie filmem.
Amator idzie pod górę i relacjonuje każdy krok. “Tu jest ślisko. Tu trzeba uważać. Tu prawie spadłem.”. Idziesz z nim. Jego podróż jest twoją podróżą.
Uwaga płynie do ruchu, nie do pomników.
To jest fizyka uwagi w erze social mediów. Nie chodzi o to, że ludzie są głupi i nie doceniają ekspertów. Chodzi o to, że format się zmienił. Skrol preferuje ruch. Algorytm nagradza zaangażowanie. Zaangażowanie rodzi się z emocji. Emocje rodzą się z identyfikacji.
Z kim łatwiej się zidentyfikować — z kimś, kto jest jeden krok przed tobą, czy z kimś, kto macha ze szczytu?
Jest jeszcze coś gorszego. Eksperci — prawdziwi eksperci, ci, którzy naprawdę coś wiedzą — stali się chorągiewkami
Uzależnieni od wydawców, od lobbystów, od sponsorów, od grantów, od recenzentów. Nie mają własnej publiczności. Nie mają własnego głosu. Mają pozycję w hierarchii, która im tego głosu zabrania.
Profesor nie może napisać “o kurwa, ale stromo”, bo to “nieprofesjonalne”. Nie może pokazać słabości, bo to “podważa autorytet”. Nie może mówić prosto, bo to “nie na poziomie”. Musi pisać dla innych profesorów, którzy będą go cytować, żeby mógł dostać następny grant, żeby mógł napisać następny artykuł, którego nikt poza innymi profesorami nie przeczyta.
Psycholog nie może mieć różowych zasłonek. A przynajmniej tak mu się wydaje.
Bo co pomyślą pacjenci? Że jest niepoważny? Że skoro ma różowe zasłonki, to pewnie nie zna DSM-5 na pamięć? Że prawdziwy terapeuta ma gabinet w odcieniach beżu i szarości, z dyplomami w ramkach i może jednym fikusem w rogu?
To jest pułapka profesjonalizmu. Musisz wyglądać na eksperta. Musisz brzmieć jak ekspert. Musisz zachowywać się jak ekspert. A “ekspert” w zbiorowej wyobraźni to ktoś bez kolorów, bez emocji, bez potknięć. Ktoś, kto nigdy nie miał problemów, które teraz rozwiązuje u innych.
Więc udajesz. Zakładasz maskę. Chowasz się za tytułem.
I potem dziwisz się, że ludzie wolą słuchać kogoś, kto mówi: “Też to przeżyłem. Tak z tego wyszedłem”.
To jest pułapka ekspertyzy. Im wyżej wchodzisz, tym węższe audytorium. Im więcej wiesz, tym mniej ludzi rozumie, o czym mówisz.
Klątwa wiedzy: zapominasz, jak to jest nie wiedzieć.
A potem przychodzi amator, który tej klątwy nie ma, bo jeszcze jest na etapie uczenia się. I mówi prosto. I mówi do wszystkich. I ma więcej klientów niż ty, choć wie jedną dziesiątą tego, co ty.
Niesprawiedliwe? Może. Ale takie są reguły gry, której większość ekspertów nie rozumie.
Jak więc transmitować wiedzę w świecie, w którym autorytet hierarchiczny umarł?
Jest tylko jeden sposób: narracja.
Storytelling to nie jest “marketing”. Storytelling to nowy rytuał. Jedyna forma, która jeszcze buduje wspólnotę w świecie atomizacji.
Dlaczego?
Bo opowiedziana historia tworzy “my”. Narratora i słuchaczy. Wspólnota doświadczenia, nawet jeśli to doświadczenie jest wirtualne, przeżyte przez identyfikację z bohaterem.
Bo historia ma to, co zaginęło: powtórzenie, które spełnia. Marki rosną, opowiadając tę samą historię w kółko. Nie nudzi się — za każdym razem przemawia do nowych ludzi na nowym etapie ich drogi.
Bo historia pokazuje drogę, nie cel. Nie mówi “jestem na szczycie”. Mówi “tak szedłem, tu się potknąłem, tu zrozumiałem”.
Bo historia pozwala na ściągnięcie maski bez utraty twarzy. Możesz powiedzieć “byłem w czarnej dupie” w ramach narracji o wyjściu z niej. Słabość staje się elementem fabuły, nie przyznaniem się do porażki.
Storytelling to kodowanie XXI wieku.
Nie dlatego, że jest modny. Dlatego, że jest konieczny. Inne formy transmisji wiedzy przestały działać.
Są struktury, które działają od tysięcy lat. Amatorzy używają ich nieświadomie. Eksperci mogą używać ich świadomie
Potwór w domu — jest problem, z którego nie możesz uciec, musisz z nim walczyć. “Algorytm Facebooka zabił mój biznes.”. Facebook to dom, z którego nie wyjdziesz, bo tam są twoi klienci. Algorytm to potwór. Historia pokazuje, jak go pokonać.
Triumfujący głupiec — jesteś outsiderem, nie znasz zasad, wszyscy cię lekceważą. Ale właśnie dlatego, że nie znasz zasad, możesz je złamać. “Nie znałem branży, więc ją zmieniłem.”.
Obrzędy przejścia — byłeś kimś, przeszedłeś przez kryzys, stałeś się kimś innym. “Od wypalenia do własnej firmy.”. Stare ja musi umrzeć, żeby mogło narodzić się nowe.
To są silniki narracji. 3 z 17, których używam. Działają, bo aktywują coś pierwotnego — lęk przed pożarciem, pragnienie transformacji, nadzieję na zwycięstwo słabego nad silnym.
Amatorzy używają tych struktur, bo opowiadają swoje prawdziwe historie. A prawdziwe historie naturalnie wpadają w te schematy — bo to są schematy ludzkiego doświadczenia.
Eksperci mogą robić to samo. Ale muszą zdjąć maskę. Muszą zejść ze szczytu. Muszą pokazać drogę, nie tylko cel.
Jeśli interesuje cię ten temat głębiej — jak budować markę osobistą przez storytelling, jak używać AI do tworzenia treści, które zostają w głowach, bo brzmią jak ty, tylko lepiej — to może zainteresować cię moje szkolenie “Branding od zera z AI”. Startujemy 12 stycznia, zostały ostatnie dwa dni na dołączenie. Nie będzie kampanii reklamowej, nie będę tego promował w socialach — kto wie, ten wie.
AI może zrobić diament, ale musisz przynieść węgiel
To zdanie z jednego z moich masterclassów, ale pasuje tu idealnie. Możesz mieć najlepsze narzędzia do tworzenia kontentu. Możesz znać wszystkie struktury narracyjne. Możesz opanować algorytmy, formaty, haki.
I nic ci to nie da, jeśli nie masz węgla — swojego doświadczenia, swojej drogi, swojego “o kurwa, ale stromo”.
Z powietrza AI zrobi ci powietrze. Jakość draftu równa się jakość efektu.
To jest prawda, która uwalnia ekspertów z pułapki: twoja wiedza nie jest problemem. Problemem jest sposób, w jaki ją pokazujesz. Nie musisz udawać idioty. Nie musisz wyrzucać swojego doświadczenia. Musisz zmienić formę transmisji.
Zamiast pokazywać, gdzie jesteś — pokaż, skąd przyszedłeś. Zamiast mówić “z góry” — mów “obok”. Zamiast być pomnikiem — bądź filmem. Zamiast dawać odpowiedzi — opowiadaj historię szukania.
Świat ma dość perfekcyjnych ekspertów
Świat potrzebuje prawdziwych ludzi, którzy pokazują prawdziwą drogę.
Bądź ekspertem, który pamięta, jak to jest być amatorem. Używaj wiedzy do wyboru struktury narracji. Ale zachowaj energię odkrywania. Pokazuj swoje potknięcia, swoje wątpliwości, swoje “jeszcze nie wiem”.
Ludzie nie chcą usług. Chcą usług od konkretnej osoby. Takiej, z którą mogą iść razem. Nie takiej, na którą mogą tylko patrzeć z dołu.
Klątwa wiedzy ma odtrutkę: pamiętanie.
Pamiętaj, jak to było nie wiedzieć. Pamiętaj, jak to było zaczynać. Pamiętaj swoje pierwsze błędy, swoje pierwsze porażki, swoje pierwsze momenty, gdy chciałeś się poddać.
I opowiadaj o tym. Nie jako przechwałka, że “pokonałeś przeszkody”. Jako mapa dla tych, którzy są tam, gdzie ty byłeś.
Przewodnik górski, nie kapłan. Vader bez maski, nie Vader w hełmie. Ed Sheeran puszczający stare nagrania, nie gwiazda udająca, że zawsze była doskonała.
Idioci mają więcej klientów, bo nie wiedzą, że powinni udawać mądrych.
Ty możesz mieć więcej klientów, wiedząc, że nie musisz udawać.
Idź i twórz historie, których nie da się zapomnieć.
Dzięki, że czytasz do końca.
msz




Ostatnio wpisy, które się tu pojawiają (i które czytam), doprowadziły mnie do konstatacji, że chyba zbyt łatwo przeskakuje się z bańki do bańki. Uciekłem na Substacka ze społecznościówek i co? Znowu ryzyko echokomory: czytelnicy (i autorzy) mogą być zbyt podobni do mnie. Coraz częściej myślę, że brakuje mi konfrontacji z innymi perspektywami – i że to ja muszę ją sobie świadomie organizować.
"AI może zrobić diament, ale musisz przynieść węgiel."
Obecnie raczej AI zrobi sztuczny diament, gdy twórca AI ukradnie węgiel. A ludzie w swojej bezmyślności i wygodzie nauczą AI robić sztuczne diamenty i będą chcieli kupować sztuczne diamenty.
Smutne to czasy, gdy już pana Matczaka nazywamy autorytetem.
Miałem niedawno prezentację dla bardzo licznej grupy licealistów. Wniosek mój zaaprobowany przez nich. Dlaczego tak łatwo zostać influencerem? Bo wystarczy umieć nic.